Diabeł leśny

root, 2008-01-17

Pierwszy raz historię te usłyszałem jeszcze jako larwa nieletnia, drążąca swoją kulę nektaru w ciemnościach podziemi. Siostra z sąsiedniej komory przekazała ją wiernie, tak jak jej opowiedział ktoś z dorosłych. A historia to była o świecie nadziemia, gdzie jest światło i o wierze naszej w Słońce i Rosę Poranną.

 

Żuk leśny (Anoplotrupes stercorosus). Fot. Adam Woźniak


Trzydzieści pokoleń temu, zacny i sprawiedliwy pękacz imieniem Pluto, nasz praojciec w wielkim lesie, wyszedł dnia pewnego pozdrowić Słońce i Poranną Rosę, jako jego przodkowie robili. I pokłonił się żywiołom i cześć im oddał, a gdy wracał z polany, Słońce zaszło i zimność nastała znienacka. I mąż ów imieniem Pluto złorzeczyć począł Słońcu, co nie było mu częstą przypadłością. I wtedy cień potworny zakrył onego pękacza, szpony pięciodzielne schwytały go i podniosły i głos do gromu podobien rozległ się mówiący „zwykły gnojak!”. A Pluto w trwodze i godzinie strachu poprzysiągł nie złorzeczyć więcej Słońcu i diabeł rzucił go między liście zeschłe i znikł wśród drzew. I Pluto ocalon cudownie założył ród nasz, Słońca czcicieli. I żaden z rodu naszego nie śmie w boskość Słońca wątpić, albowiem diabeł srodze się na odszczepieńców zasadza, a do piekła ich zabiera na męczarnie okrutne.

Taką historię usłyszałem larwą będąc jeszcze i pełen trwogi przed potworem, czekałem dnia kiedy z poczwary wyjdę by oddawać cześć Słońcu i Porannej Rosie. Nadszedł wreszcie dzień ów i nie był on dniem szczęśliwym, jaki być powinien. Wyszedłem z poczwarzej skóry ze znamieniem na śródcielu, dołem wielkim, a i pokrywę jedną miałem krótszą o trzy miary.

Oh, za co tak pokarany zostałem?! Cóż ja zrobiłem złego, by narodzić się kaleką na pośmiewisko innych? I nie gromadziłem się nad nektarem wraz z innymi, gdy spadał nam z niebios. I unikałem innych bo litość tylko wzbudzałem, a bywało że i śmiech czasem. I w miarę upływu dni, coraz krócej cześć Słońcu oddawałem bo niesprawiedliwie byłem ukarany. I w końcu zaprzestałem zupełnie modlitw i przestałem wierzyć w leśnego diabła.

Gdy czterdziestego dnia mego dorosłego życia przemierzałem o poranku leśną drogę złorzecząc Słońcu, usłyszałem chrzęst liści nadciągający w ma stronę. I ujrzałem, że nie jeleń to ni zwierz inny, ale potwór od czasów Plutona znany. Zamarłem w trwodze, niezdolny ulecieć, ni w liście się zagrzebać. Szpon straszliwy, pięciopalczasty chwycił mnie z wielką siłą i uniósł w przestworza. I głos grzmiący usłyszałem mówiący – „Jaki cudak! Do wora!”

Smród piekielny poczułem i ciśniętym został w tubę śmierci, gdziem dostrzegł trupy z rodów pokrewnych. Oh, Słońce, Słońce!! Czemuż nie wierzyłem?! Czemum czci nie oddawał Ci należnej?! I wyziewy śmiertelne tchawki me rwały, a czułem jak z sił opadam i łkanie me nic nie zmieni. I tak żywot swój nędzny zakończyłem potomka nie spłodziwszy, ni w pamięci nie przetrwawszy. I pamiętajcie by Słońcu cześć oddawać i Porannej Rosie, albowiem diabeł istnieje i trwogę na grzeszników zsyła.

Teratologiczny okaz Anoplotrupes stercorosus można obejrzeć w kolekcji Polskiej Akademii Nauk, przechowywanej w Łomnej koło Warszawy. Niszczeje tam niespiesznie wśród piekielnych wyziewów. A świat nadal pełen jest niedowiarków.

 

Paweł Górski